I musi nasuwać się pytanie...
dlaczego tak młodo umrzeć musiała?

17.VIII.2004 r.                             Świst


'Hanka Biała' - Anna Zakrzewska


Kartki z Powstania Warszawskiego

Hanka Biała

sanitariuszka plutonu "Felek"



Na Bazie Leśnej Plutonu "Felek" w lasach Puszczy Białej w okolicach Wyszkowa poznałem w końcu czerwca 1944 roku "Hankę Białą" - Annę Zakrzewską, która była sanitariuszką. Obok Ani, na baze szkoleniową plutonu z 2 Kompanii "Rudy" stawiły się:
- łączniczka "Grażyna" - Grażyna Zasacka, ur. w 1922 r.
- sanitariuszka "Irena" - Irena Kołodziejska, ur. w 1923 r.
- łączniczka "Stefa" - Stefania Grzeszczak, ur. w 1923 r.

Łącznie było nas około 70, a dowodził oddziałem hm "Giewont" - Władysław Cieplak. Jego zastępcą był dowódca Plutonu "Felek" - Konrad Okolski. Baza trwała do 25/26 lipca 1944 r., a po jej rozwiązaniu dotarliśmy różnymi drogami i sposobami do Warszawy. Tu trwały już przygotowania do otwartej walki z okupantem w powstaniu warszawskim.

Trudne warunki życia w oddziale leśnym stanowiły dla nas twardą szkołę życia, a miesiąc przebywania w lesie scementował nas i pozwolił na wzajemne poznanie się, na powstanie wielu serdecznych przyjaźni. Miało to istotne znaczenie w nadchodzących tygodniach walk na ulicach i barykadach powstańczej Warszawy.

Gdy stanęliśmy na zbiórce do Powstania w fabryce "Telefunken" na Woli, sekcja dziewcząt powiększona została o dwie sanitariuszki:
- "Lidkę" - Lidię Daniszewską, ur. w 1923 r.
- "Magdę" - Zofię Laskowską, ur. w 1924 r.

My - żołnierze Plutonu "Felek", którzy mieliśmy ogromne szczęście przeżyć czarną noc hitlerowskiej okupacji i tragiczne dni Powstania Warszawskiego, wiemy, jak odważne, dzielne i ofiarne były nasze kochane sanitariuszki i łączniczki. Wiemy także, że wszystkie wymienione wyżej poległy na ulicach Warszawy.

Jestem jedynym żyjącym świadkiem żołnierskiej śmierci Hanki Białej, która poległa w wieku 18 lat dnia 11 sierpnia 1944 roku przy ulicy Okopowej.

Stanowiska bojowe w zabudowaniach przy ulicy Spokojnej pluton nasz zajął dnia 8 sierpnia. Bazę główną stanowił tam dla nas gmach szkoły przy ul. Spokojnej 13, który zresztą został wcześniej zdobyty przez żołnierzy batalionu "Zośka", który wziął wtedy do niewoli całą nieprzyjacielską załogę. Duży wkład w zdobyciu szkoły mieli żołnierze Plutonu "Felek", a wśród nich "Anoda" - Janek Rodowicz.

Naprzeciw naszych stanowisk, po parzystej stronie ulicy Spokojnej, rozciąga się stary katolicki Cmentarz Powązkowski, na którym panoszyli się żołnierze nieprzyjacielscy. Przez trzy dni broniliśmy skutecznie pozycji przy ul. Spokojnej. Wszystkie natarcia nieprzyjaciela kończyły się niepowodzeniem.

Wielki wkład w skuteczną obronę pozycji na naszej ulicy wnosiły nasze sanitariuszki i łączniczki, do których dołączyło się sześć dziewcząt z innego ugrupowania. Wszystkie były pomocne w obserwacji ruchów nieprzyjaciela, roznosiły meldunki, amunicję i posiłki, opatrywały naszych rannych. Działaniami dziewcząt dowodziła "Irena" Kołodziejska z sekcji dziewcząt w naszym plutonie.

W ciężkich walkach w obronie stanowisk przy ulicy Spokojnej Pluton "Felek" stracił 10 żołnierzy, a zastępca dowódcy plutonu "Anoda" - Janek Rodowicz. Został ciężko ranny w płuca i następnie przetransportowany do szpitala na Starym Mieście. Forteca - szkoła broniła się dzielnie do 11 sierpnia, kiedy to przyczołgała się do nas łączniczka "Ania" ze szkoły na ulicy Okopowej. Dostarczyła Kubie rozkaz ewakuacji walczących na ulicy Spokojnej.

Ostatnie zadania na bronionych pozycjach przypadły dziewczętom. Hanka Biała biegała po poszczególnych stanowiskach, dotarła również do mnie. Poleciła wszystkim schodzić natychmiast na podwórze, gdzie zebraliśmy się wkrótce wszyscy. Tu Kuba cichym głosem, aby nie usłyszeli go Niemcy za murem, oznajmił nam, że szkołę opuszczamy w absolutnej ciszy. Przez zabudowane tereny dotarliśmy do małej uliczki Kolskiej, którą według polecenia Kuby - mieliśmy przeskakiwać pojedynczo. On sam znalazł się po skoku do furtki naprzeciw nas, po drugiej stronie uliczki wraz z jednym z naszych chłopaków. Za przeskakującymi posypał się grad pocisków nieprzyjacielskich. Ja zrozumiałem, że tędy cała grupa nie przejdzie i w tym momencie Kuba trafiony w głowę upadł bezwładnie na ziemię. Straciliśmy dowódcę.

Pobiegła ku niemu sanitariuszka Irena. Mimo szalonego ostrzału uklękła nas ciałem Kuby. Gesty jej rąk powiedziały nam wszystko.

Na rozkaz dowódcy drużyny "Słonia" - Jurka Gawina wróciliśmy z powrotem na podwórze szkoły. Usłyszeliśmy tam, że przestrzeń do budynku szkoły przy ulicy Okopowej mamy pokonać każdy na własną rękę, że jesteśmy okrążeni przez Niemców. Przed nami kartoflane pole, przez które postanawiam się po prostu przeczołgać.

Cała przestrzeń pola była obłożona ogniem broni powtarzalnej, maszynowej i seriami pocisków granatnika ze strony nieprzyjaciela. Byliśmy ze wszystkich stron otoczeni przez wroga. Mimo to rzuciliśmy się do ucieczki. Osłaniała mnie nać kartoflana, a chroniła Matka Boża Nieustającej Pomocy, do której pomodliłem się przed wyruszeniem na pole. Odległość do szkoły oceniałem na jakieś 150 metrów.

Po pokonaniu płotu z siatki drucianej, otaczającego podwórze szkoły, znalazłem się na kartoflanym polu przy akompaniamencie nieprzyjacielskiego ognia. Gwizdały nade mną kule i pociski granatników. W tej niebywałej scenerii ruszałem przed siebie. Wkrótce musiałem porzucić mój plecak, zdradzający mój szlak na kartoflisku, wystawał bowiem nad kartoflaną nać. Ale uparcie ciągnąłem za sobą ręczny karabin maszynowy "diechtiarowa" i dwa tarczowe magazynki amunicji.

Przytulony do ziemi czołgałem się uparcie w kierunku szkoły na ulicy Okopowej. Hełm - jak na złość, opadał mi na oczy. Traciłem coraz bardziej siły, czując potworne szczypanie w nieosłoniętych, otartych po łokcie przedramionach. Miałem na sobie mundur wojskowy z "młodszego brata", zawinąłem więc rękawy ponad łokcie.

W pewnym momencie zawadziłem o coś prawym zbolałym przedramieniem. To była Hanka Biała. Ona nie potrzebowała już pomocy. Leżała na brzuchu, jej głowa odwrócona była w lewo, a jej włosy zbryzgane krwią. To była chyba seria z broni maszynowej. Uchylone usta napełnione krwią, zmieszaną z ziemią.

Tego widoku Hanki Białej nie zapomnę nigdy. Przecież przed godziną ściągnęła mnie ze stanowiska bojowego na drugim piętrze korytarza szkolnego przy ulicy Spokojnej. Z tego okna obserwowałem cmentarz katolicki, skąd strzelałem do wroga, ale on także ostrzeliwał moje okno. Hanka Biała była wtedy pogodna, jak zawsze energiczna, żywa.

A teraz na tym przeklętym polu leży, spokojna, nieruchoma.

Czołgałem się dalej. Do końca wędrówki pozostało mi jeszcze ok. 30 metrów. Wierzyłem, że odległość tę pokonam, że ocaleję. Dotarłem pod mur budynku szkolnego. Prawe przedramię, draśnięte pociskiem przy odrzucaniu plecaka, bolało mnie przeraźliwie.

Zerwawszy się błyskawicznie z ziemi, dopadłem pochylony, jednym skokiem do drzwi wejściowych - na moje szczęście nie zamkniętych na klucz. Nieprzyjacielski strzelec kropnął do mnie serią z kaemu, ale nie trafił. Jeszcze raz miałem szczęście, ocalony znalazłem się w gmachu szkoły.

Po staranowaniu drzwi do jednego z pokoi z holu, wpadłem do środka i struchlałem, bo oto nad moją głową gwizdnęła seria z pistoletu maszynowego, tym razem z polskiego. To nasi chłopcy z Plutonu "Alek" mogący się spodziewać z tej strony raczej żołnierzy niemieckich, przywitali mnie serią. Zrozumiał była ich błyskawiczna reakcja, gdy na wyrwanych drzwiach wjechałem do pokoju. Żyjący do dzisiaj świadek tego wydarzenia - "Boruta" - Witek Sikorski - wstrzymał dalsze strzały okrzykiem: Nie strzelać, to Staszek "Świst"!

Znowu miałem szczęście, znowu ocalałem.

W parę minut zostałem doprowadzony na dziedziniec główny szkoły, gdzie nasza sanitariuszka "Lidka" - Lidka Daniszewska, opatrywała rannych przychodzących z ulicy Spokojnej. Jakaż była ona troskliwa, ileż dodawała nam otuchy, sił i chęci do życia. Była po prostu kochana. Zmyła moje zakrwawione ramiona i następnie bez litości ocierała mi rany tamponem z jodyną. Szczypało jak cholera - nie wstydziłem się płakać. Lidka wezwała mnie do równowagi słowami: "Nie wstydzisz się ty byku?!" Uspokoiłem się i trwałem cierpliwie bez ruchu do końca. Wkrótce udaliśmy się na ulice Okopową, by opuścić Wolę i maszerować przez getto na Starem Miasto.

Oczekując wymarszu pomyślałem o Hance Białej - ujrzałem jej smutną twarzyczkę. W głowie powstało pytanie: "Dlaczego Hanka Biała poległa tak młodo, przecież miała zaledwie 18 lat."

Miałem szczęście przeżyć powstańczą zawieruchę. Zaraz po wojnie dotarłem do rodziców Hanki Białej. Smutna była nasza rozmowa. Opowiadałem im o bohaterskiej córce Ani. Płakaliśmy wszyscy.

A kilka lat później - w maju 1985 roku - byłem wśród odprowadzających na miejsce Wiecznego Spoczynku Mamę Hanki białej - Panią Irenę Zakrzewską. Żegnałem ją w imieniu Środowiska Żołnierzy Batalionu "Zośka". Dzisiejszych losów Ojca Ani - Pana Jana Zakrzewskiego nie znam, zmienił miejsce zamieszkania.

Stanisław Sieradzki "Świst"
Warszawa, sierpień 1996 roku






Do góry